Problemy polskiej nauki

Problemy polskiej nauki

Na samym początku chciałbym zaznaczyć, że poniższy tekst jest tylko i wyłącznie moją prywatną opinią. Moje spojrzenie na genezę problemów w świecie polskiej nauki biorą się przede wszystkim z mojego zderzenia z funkcjonowaniem wielu Uniwersytetów – które sprawiło, że często czułem się jak czynny uczestnik „Procesu” Kafki.

Według wszelakich państwowych (i nie tylko) raportów możemy mieć powody do dumy – kształcimy coraz więcej i lepiej. Tak przynajmniej twierdzą wszystkie realizowane wytyczne, normy, sylabusy i cała reszta żywych dowodów nadmuchanej biurokracji. A dziwnym trafem jednoczesne spojrzenie na rynek pracy dla studentów czy ich dalsze losy w trakcie i po zdobyciu dyplomu sugerują, że poziom kształcenia na uczelniach wyższych pikuje w kierunku dna w zastraszającym tempie.

I tak naukowcy są rozliczani z owoców swojej pracy – co wydaje się jak najbardziej słuszne. Szkoda tylko, że odbywa się to ilościowo a nie jakościowo. Liczba wypromowanych magistrantów i licencjatów, prac naukowych i całej reszty aktywności jest rozliczana na podstawie ilości,l a nie tego jak dobra była dana praca naukowa. Istotną rolę odgrywa przede wszystkim liczba wypromowanych doktorantów, bo pozwala ona na awans i wyższe zarobki co miesiąc. Jednak aby zyskac takie profity trzeba najpierw wyrabiać pensum. Polega ono na tym, że pracownik naukowy uczelni otrzymuje od grupy trzymającej władzę nakaz prowadzenia danych przedmiotów – nie wazne czy ma o nich jakiekolwiek pojęcie. Niestety, grupa trzymająca władzę to osobniki niemająca absolutnie żadnego kontaktu z rzeczywistością – więc stwierdza, że skoro „my robilismy to tak i tak od 100 lat i wtedy działało„. Problem jest jednak dośc prozaiczny – to tak nie działa. Dzisiejsi studenci, oblatani w technologii działają inaczej i potrzebują innej stymulacji.

Troche lepiej wygląda kwestia publikacji naukowych. Mają one co prawda także kryteria ilościowe, jednak częściowo uwzględniają jakość pracy. Niestety, Polacy mają chyba wrodzony talent do skrajności, która w tym przypadku obajwia się skrupulatnym przywiązaniem do listy filadelfijskiej – a w efekcie ponownie liczby a nie jakości publikacji. Gdybym chciał rozliczyć jakiś grant, powinienem przedstawić cztery przeciętne publikacje w czasopismach średniej półki niż napisanie jednego świetnego opracowania danego tematu w takowym czasopiśmie. W końcu w tym drugim przypadku dla przeciętnego urzędnika naukowiec to leń, który sprzeniewierzył pieniądze podatnika na zaledwie jedną pracę.

Artykuł dzięki: